Poniedziałek, 6 września 2010 r. Imieniny: Beaty, Eugeniusza
Koło Pasji Twórczych
MultiOpac

Jeśli chcesz otrzymywać na bieżąco e-mail'em aktualności z naszej biblioteki, zachęcamy do zapisania się do newsletter'a.

Poezje

Indeks autorów:
1.Bieńko - Kornacka Elżbieta
2.Bojarski Krzysztof
3.Breza Beata
4.Dąbrowska Danuta Joanna
5.Fopke Tomasz
6.Garstkowiak Krzysztof
7.Kuźma Justyna
8.Lange Joanna Gabriela
9.Myszk Dorota
10.Pulik Maciej
11.Roszmann Magdalena
12.Stachura Jerzy Edward
13.Szymańska Halina
14.Tamkun Maciej
15.Wenta Aneta
16.Wilczyńska Lilia
17.Zieliński Edmund

1.Bieńko - Kornacka Elżbieta


Jakże jestem Ci wdzięczna

Jakże jestem Ci wdzięczna Mój Panie
Zjadłam owoc z Twojej winnicy
Jest słodki
Rozkoszą nasącza moje serce
I zawstydza mnie...
Czy jestem godna kosztować tej słodyczy?
Jakże szerokie są Twoje ramiona Przyjacielu
Przyjazne i ciepłe muśnięciem letniej bryzy
Bezpieczne zielonością oczu piaszczystych wydm...
W ramionach Twojego Wszechświata
Odnajduję ukojenie całej Wieczności!
Jestem Ci oddana Boski Architekcie Nieba
Który rzeźbisz kształt mojego serca
I budujesz podstawy kosmicznego domu
Niepłochą radością drży serce moje...
Czy zagłębię się w żar tej miłości zatrzymując ją tylko dla siebie?
To marzenie - rozlać miłość światłem niedosiężnych gwiazd
Zasiać ją na twardej, skalistej glebie
Otrzeć jej radością łzy rzeki cierpienia
I rozpalić żarem serca...
I patrzeć, patrzeć oczami płonących galaktyk
W których Wieczność Twoja mieszka...
2009

Kiedy przyjdziesz...

Kiedy przyjdziesz jasną nocą w śnie przezroczystym
Wyciągnę długie ramiona
Nieśmiało zdumiona lekkością rzeczy
Za Twoim przyzwoleniem uniosę złociste skrzydła anioła
I tiulową suknię z mgieł srebrzystych
W moim niewidzialnym ciele
Błogość rozkoszy przebywania z Tobą
Nie dorównuje rozkoszy zmysłów
A zachwytu nad stworzonym przez Ciebie światem
Nie zna żadna radość ziemska
Kiedy zasnę snem człowieczym - odejdziesz
Ale wiem - wrócisz jutro...
2009

Nad ranem

Tęsknotą między jawą i snem nocą i dniem
Tkam pajęczynę marzeń na miarę Anioła
Moje serce boleśnie zamknięte oddechem
Pragnie więcej i więcej czuje gdy milkną słowa

Tam gdzieś bardzo daleko o miliardy lat stąd
Pulsuje potężne serce Wszechświata Boga
Niezmierzone głębokie nieodkryte dotąd
Jak milionów gwiazd aureoli droga

A ja drobinka maleńka i okruszek
Płynę z jego rytmem oddycham jego światłem
Miłością nie z tego świata płonę gdy
Nić porozumienia jak Ariadny kłębuszek
Labiryntem nocy biegnie snów źródłem
.............................
.............................
I wiem...
Istnieje tylko jeden oddech życia jeden rytm
Na wieczność złączony... człowieka i Boga w nim
2009

Podaj mi rękę...

Podaj mi rękę, kochany, otocz ramieniem, ukołysz sny moje
W dłoni twej jak w sercu duszy zamknę marzenia swoje
Tyle długich lat tęsknoty, milczącego czekania
Tyle gorzkich lat spełnienia udawania

Bo czyż można z piersi serce wydrzeć głupie
Oszalałe miłością gdy strzałą na wieczność zatrute
Czyż można odwrócić się, odejść, zapomnieć marzenie
O tej miłości jedynej, co tka każde westchnienie
Czyż los nam nie sprzyja pukając strudzenie?

Podaj mi rękę, kochany, przytul marzenie
Gorącymi wargami ukoję każde twoje zmartwienie
Płatkami kwiatów umaję posiwiałe skronie
To nic, że tak długo, tyle lat... cóż... przeznaczenie.
Bo miłość jest jedna i właśnie teraz daje nam ukojenie.

Podaj mi rękę kochany...
2009...

Podaruj mi sen

Podaruj mi sen Najdroższy - Aniele z chmury wysokiej
Podaruj za dnia... pocałunkami skrzydeł motyla
Podaruj i zmierzchem... muśnięciem ważki
Gdy na mej śpiącej skroni zmęczona główkę schyla

Podaruj sen kolorowy... o drodze dalekiej i nowej
O szacie złocistej i duszy na wskroś przeczystej
Podaruj... Komnatę Dumania i cel przemierzania
Świata... razem z Tobą... w Światłości wiekuistej

Podaruj symfonię Planet, Gwiazd na Drodze Mlecznej
Tak blisko Ciebie... że na wyciągnięcie ręki
Aniele podaruj mi... na wieczność
Tutaj na Ziemi na jawie i w sennej toni
To jedno marzenie... serce na wyciągniętej dłoni

2009


2.Bojarski Krzysztof


Czas to inaczej przemijanie
Pamięta twoje każde spotkanie
Jest nie do powstrzymania, tak jak lawina
Zabiera wszystko i z sobą porywa

Możesz odliczać godziny i minuty
Lecz czy ci to doda otuchy
Możesz odznaczać miesiące i lata
I tak jak dziecko chodzić na czworaka

Czekając, aż jakiś cud się stanie
A potem przyjść na czyjeś zawołanie
Więc pamiętaj: czas to rzecz którą się szanuje
Bo nikt ci go na świecie nie podaruje


Ojczyzna


Polsko! Narodzie mój ukochany

Kiedyś przeze mnie za dom obrany Ciebie chwalę kraju dla mnie rodzin(n?)y
Bo jesteś piękny i urodziwy

Ty masz więcej doświadczenia niż najwięksi filozofowie
Bowiem przeżyłaś klęski, zabory i znoje
Każda twa rana sił nam dodawała
By wstawać i ruszać do boju od rana.

Ty zagrzewałaś do powstania
Ludzi, którzy kochali ciebie
I tak jak ptak lecący na niebie
Chcieli być wolni każdego dnia

Ty dodawałaś odwagi, by dokonać wiele
Nie pozwalałaś na kogokolwiek wynarodowienie
Cieszyłaś się gdy się udawało
Odzyskać wolność dawno odebraną

Ty darzyłaś nas mądrością kiedy było trzeba
I nie pozwalałaś by dzieciom działa się bieda
Wspomagałaś młodzież by siłą i rozumem
Mogła odzyskać to, co było jej domem

A gdy śpiewano: 'Wiwat trzeci maj! Wiwat wszystkie stany
Myślałaś, że to koniec wolności utraty
Lecz zdradziło cię trzech czarnych orłów
I zabrało sobie z ciebie po trochu

Dziś jesteś znowu piękna i wolna
A każdy twój skrawek to moja uciecha
Chcę ci zatem życzyć zdrowia i pogody
Duch byś nie straciła swej niezwykłej urody


Cierpliwość


Dobry jest człowiek, co czekać umie
I każde twe spóźnienie bez problemu zrozumie
Człowiek taki cierpliwości ma wiele
Ponieważ umie zrozumieć każde twe przewinienie

Cierpliwość to ogromna zaleta
Uczy jak czekać na drugiego człowieka
Który zrywając więzi z prawdą
Zaczyna podążać drogą marną

Cierpliwość pokazuje, jak czekać na wydarzenie
Pomaga nam osiągnąć swe cele
Pielęgnuj ją w swoim ciele
A łatwiej ci będzie spełnić swe marzenie


Słowo


Na początku świata było słowo
I sprawiło, że wokół jest kolorowo
Dało życie wielu istotom
Które zostały poddane ludziom

Słowo kiedyś znaczyło wiele
Mogło zabić, lub ułaskawić mordercę
Decydowało o tym, co kto ma robić i kiedy
Ważyło, czy wybawić chłopów od biedy

Dzisiaj słowa używa się różnie
Zależy to od naszego usposobienia
Do obrażenia kogoś, lub uniżenia
Albo do chwały i godności wywyższenia

Słowo może być też słodkie jak malina
I sprawić, że cię będzie każdy podziwiał
Ono może porównać cię do najlepszego
Choćbyś taki nie był drogi kolego

Są jednak trzy magiczne słowa
Każde z nich sprawia, że piękna jest nasza wymowa
Proszę, przepraszam oraz dziękuję
Dobre wychowanie nic nie kosztuje

Pamiętaj więc: Słowa nie są obojętne
Mogą cię przyprawić o biedę
Nie mów więc o kimś co tobie nie miłe
Abyś samemu nie został umieszczony w tyle


Skarb


Jest na świecie taka rzecz
Którą każdy chciałby mieć
Coś ładnego i pięknego
Lub w ogóle bezcennego

Każdy z nas ma gdzieś swój skarb
Który dla nas nie ma wad
Wciąż go widzisz i ci się podoba
Bez względu na to jaka jest pogoda

Skarb to nie tylko materialne bogactwa
Są to też nasze duchowe dziwactwa
Nie liczy się to, czy się innym podoba czy nie
Ale pamiętaj: Zawsze w sercu go miej!

Bo to są też od znajomych piękne podarunki
I ze swą dziewczyną ciepłe pocałunki
Lecz, że wszystkiego najcenniejsza jest nadzieja
Ona nas wspomaga kiedy jej najbardziej potrzeba


Nadzieja


Nie wiesz, czy coś źle robisz
Lub też się kogoś boisz
Pytasz się, czy zrobisz dobrze to, co trzeba
Od tych problemów jest nasza nadzieja

Nadzieja nigdy nie ustaje
Jest gotowa na każde twoje zawołanie
I gdy jesteś w głębokim dołku
Ona wydźwignie cię z niego po trochu

Nadzieja umiera ostatnia
Zostaje z tobą do końca
I chociaż wie, że przegrywa
To od ciebie się nie odrywa

Nadziejo, królowo dnia i nocy
Bądź mi zawsze ku pomocy
Towarzysz mi każdego dnia
Abym życia się nie bał


Myśl


Cogito ergo sum
Codziennie podejmujesz myślenia trud
Zastanawiasz się nad tym i owym
Co ci wpadnie do głowy

Myśl, czyli inaczej chwila
Gdy ci do głowy coś wnika
Jest to też pewnego rodzaju dręczenie
I dawanie sobie znać o jakimś problemie

Czy myśl można jednak zabić
Lub też ją z głowy oddalić
Nie. Bo ona będzie trwać wiecznie
Nawet wtedy, gdy będzie ci z nią niezręcznie

Myślą można się zaniepokoić
Albo się z nią całkiem oswoić
Dzięki niej możesz dokonać bardzo wiele
Lecz to co z nią zrobisz zależy od ciebie


Przemijanie


Każdy człowiek się rodzi i umiera
Taki już los jego czeka
Życie jego może pójść w niepamięć
Lub być powodem różnych zajęć

Non omnis moria
Zostanę z wami do końca
A gdy już odejdę stąd
Zostanę doprowadzony na Boży sąd

Jednak życie to nie tylko przemijanie
Jest to granic pokonywanie
Szczytów możliwości zdobywanie
I wieczne się radowanie
Nie bój się śmierci, gdy cię dopadnie
Bo gdy ta rzecz się stanie
I ciało od ciebie odpadnie
Dusza stanie się wolna i z kamienia wyfrunie

3.Breza Beata


TAK, WŁAŚNIE TAK
MAM DWADZIEŚCIA JEDEN LAT
ZUJĘ WPEŁNI ZAPALONĄ DUSZĘ
I MOJE MORZE PRZEZNACZENIA
TA GORĄCZKA UWIELBIENIA
WZBIERAJĄCA KREW W ŻYŁACH
TEN POTOK MYŚLI, SŁÓW I CZYNÓW
TO PIEKŁO ROZRYWAJĄCE NAJCZULSZE WNĘTRZNOŚCI
TE KOSTECZKI ROZPRYSKUJĄCE SIĘ JAK GROSZEK
Z MACZKIEM BY UKAZAĆ LUDZIOM ICH NIESMACZEK
TEN JEDYNY STATECZEK PŁYNĄCY POTOCZKIEM
MÓJ KABACZEK
OSTATNI MOHIKANIN
CZYŻBY TO OBRAZA CIENIA
NIE TO SIŁA WIECZNEGO ZBAWIENIA
SIŁA MEGO PRZEZNACZENIA.

SIŁA TWORZENIA


SZCZEGÓŁ, SĘK I BLASK CIENIA -
TO ISTOTA TWORZENIA.
PIOŁUN, WIATR I SZUM -
TO SIŁA NATCHNIENIA.
CZY CZUJESZ TEN SZUM POWIETRZA?
MIŁOŚĆ, SKRUCHĘ CIENIA -
TO MIŁOŚĆ TWEGO PRZEZNACZENIA -
TO SIŁA TWORZENIA,
BURZA PRAGNIENIA?
ZANURZASZ SIĘ W DETAL, SZCZEGÓŁ,
DROBIAZG POZORNEJ MIERNOŚCI,
BRZYDOTY CIENIA
I PRAGNIESZ GO WYNIEŚĆ NAD WSZECH STWORZENIA
I PRAGNIESZ MU NADAĆ WIECZNEGO ISTNIENIA
BO TO JEST SIŁA MIŁOŚCI I PRZEZNACZENIA -
SIŁA TWORZENIA.

KATEGORIE ISTNIENIA


LUDZIE DZIELĄ SIĘ NA KATEGORIE.
SĄ MRÓWKI I MRÓWECZKI
JEST ŻĄDEŁKO I MALEŃKIE MROWIUSIEŃKO
PODLISKO I LUDZISKO
CACEŃKO I BEZNADZIEJO
MĄDRALKA I GŁUPIEJKO
SŁOWEM WSZYSTKO
CAŁA GĘBA SYTA.
- LUDZIE I LUDZISKA.

SIŁA PRZEZNACZENIA

MALARSTWO JESTEŚ MOJE?
KOCHANE, CUDOWNE I WYTĘSKNIONE
JESTEŚ MOJE...................!
ILE W TOBIE POWABU, PROSTOTY CIENIA -
TEGO WŁAŚNIE CIERPIENIA
TYLE W TOBIE PRAWDY,
MIŁOŚCI I SIŁY TWORZENIA.
MA MUZO, KWIECIE UBARWIONY BLASKIEM CZYSTOŚCI,
MIŁOŚCI - BEZGRANICZNEJ SIŁY OCALENIA.
KWIECIE PROMIENIUJĄCY TĘCZĄ USPOKOJENIA -
- MEGO NATCHNIENIA.
MA MUZO - ROZGRZEJESZ SERCE O PORANKU
I NOCY UPRAGNIONEJ,
I BĘDZIESZ DOMAGAĆ SIĘ UWIECZNIENIA.
BĘDZIESZ KRZYCZEĆ, WOŁAĆ, ŚMIAĆ SIĘ I PŁAKAĆ.
BĘDZIESZ SKOMLEĆ, MAJACZYĆ
BĘDZIESZ MILCZEĆ, UPADAĆ I ZNÓW RWAĆ SIĘ
DO PĘDU
BĘDZIESZ TAŃCZYĆ I PŁAKAĆ.
A W TYM TWA MOC I SIŁA ISTNIENIA -
- SIŁA PRZEZNACZENIA.


4. Dąbrowska Danuta Joanna


władcy


zamknięci w wieży,
swoich sukcesów,
uderzania się w piersi,
białe myszki,
wyruszyły na zwiedzanie

dołączę


idealne sukcesy,
w planach,
sięgam nieba,
przykucnęłam,
na dachu świata

internet


od - do,
centralnie na środku,
świecę,
nawet przy zgaszonym świetle,
taki kaprys

głębina


czuję powietrze,
dotykam,
tulę się,
jestem jak owoc,
w zielonej galaretce,
teraz,
jeszcze bardziej

jedynkowa


pozbywam się,
resztek snu,
będę,
oszczędnie żyć,
skrępowana,
jedyna w skali,
jeden do jednego

z chaosu


w puszczy dziewiczej
, mały wędrowiec,
serce piszczało cichutko,
złota kula - ta sama fuzja
to samo,
ślady obłąkania,
słyszę poszum,
w upiory nie wierzę,
blaszane pudełko,
czarne,
przeżarte rdzą,
usta się nie zamykały

5. Fopke Tomasz


Ó co sa rozchódzy, abó jak zrozmiôc kóbiéta...

Óne na gwës są z jiny planétë. Z jinégó rëmu. Z Wenus, abó z jaczégó Uranu... Temu tak cażko je zrozmiôc. Sa z nima dogadac.
Białczi. Matczi. Kochlińsczé, Córczi. Sostrë. Szkólné. Krómowé. Starczi. Cotczi. Doktorczi. Te, co sprzątają, co w restoracjach podôwają môltëchë. I nôwôżniészé: co nas rodzą i wëchowiwają.

Je wiedzec, że ni wiedno białczëne „nié” oznôczô „nié”. Czasa to je prawie „jo”. I w drëgą strona...

Jednëch przedstôwcków tego rodu nie jidze w całoscë zrozmiôc. Spiéwôczków. Tëch „operowëch” ë jinszëch, co sa wësoko drzą. Nadrôbiają za to swą oglową snôżotą podług miodła: „czego nie dospiéwôsz- to dowëglądôsz”. Chłopsczi ród je tak brzëdczi, że to bë przë tim i tak nick nie pomogło.

Ti w radio sa ni muszą fejn oblakac. I wej, w jednym kaszëbsczim radio wszëtczé białczi sa do zrozmieniô a chłopi- nié. W telewizji za to i jedny i drëdżi muszą bëc snôżi i miec dobrą dikcją. Ne chiba, że są jaką Niną od Terentiewów abo jinym od Owsôków Jurka. Tedë mogą sa zajikac, francorzëc „r” itd.

Wrôcóm do samëch białk.
Wiém, że jinaczi one pojmują stronë swiata. Taczi jinstruktor nôuczi autółowi jazdë kôże ji skrącëc w prawo, a ona jedze w drëgą strona... Pod prąd wjedze... Przed elektrisza po sztrëce ucékô...
Czasa biwóm w cëzym miesce. Jak mëslita, kogo zapitóm o droga? Chłopa. Nawetk spitégo. Chocô mu sa jazëk bądze pindlôł w gabie, równak za jego doradą gwësno trafia na môl.

Nôwiakszi tôczel mają chłopi ze zrozmienim, o co sa jich białczi pitają, czej ani są krótko po wipłace... Zôs, ga nasze piakné potrzebują co nowégo do obucô (choc szafë są fulné)- më za boga ni możemë pojąc...
Jedno jidze zrozmiôc letko. Czedë białczi brekują kąsk miłotë. Jak one rozmieją sa tej przeslecac, jak przecywiac... Całô ta mowa cała i ... mô, co chcała.

Podług mie one nie darwają gadac wcale. To le same kłopotë z te są. Taczi dipomata z białką w goscëtwa sa nie wëbierze. Przeca ana bë wszëtczé państwowé krëjamnotë weklapa... Temu niechtërny politicë sa nie żenią. Czasa sygnie, jak kot doma żdaje. Téż pomrëczi, leno mni kosztëje...
Czej to białcëska ju taczi przédnik rządu abo jiny minyster mô- trzimie je doma. Wej, tak robią bëlny Kaszëbi. Białka (swoja) je nót szónowac i temu ni może ji za czasto z chëczë wëpuszczac. (Dlôte naszi są tak achtniwóny w ny diplomaticzny roboce...)
Biwô téż tak (prôwdac rzôdko), że prezes jaczi państwowi agencje je niemiłoserno dupuwati. Na szczescé może miec rzeczniczka, co za niego głos zabierze...

Pamiatóm, jak moje szkólné w technikum probowałë mie nauczëc wikresu żelazło- wadżel, termodinamiczi abo jak obliczac turbinë... Nick z te do mie nie doszło... Jesz nôlepi jem mógł dogadac ze szkólną od rusczégo... Pewno temu, że rusczi to wnetka jak kaszëbsczi...

Tak po prôwdze, za czim próbowac ne białczi zrozmiôc? Nie sygnie to prosto je kochac?

Tómk Fópka, Chwaszczëno, 1.11.2009 roku, godz. 19.26

Słowôrzk:
Kobiéta, białka- lepsza odmiana człowieka; kochlińskô- ukochana; na gwës- z pewnością; rum- przestrzeń; szkólnô- nauczycielka; krómowô- ekspedientka; starka- babcia (niekoniecznie starsza); môltëch- posiłek; przedstôwcka- przedstawicielka; w całoscë- zupełnie; sa wësok?o drzą- osiągają wysokie dźwięki w śpiewie; oglowô snôżota- powabny c(i)ałokształt; modło- sposób; fejn oblakac- być schludnie przyodzianym; snôżi- tu: nie rażący innych swych wyglądem; zajikac sa- jąkać się; francorzëc „r”- mieć zaburzoną wymowę „r”; elektrisz- tramwaj; sztrëka- tor; spiti- pod wpływem alkoholu; jazëk bądze sa pindlôł w gabie- będzie mieć problem z werbalizacją myśli; równak- jednakowoż; dorada- rada; môl- miejsce; tôczel- problem; zôs- znów; ga- gdy; obucé- przyodziewek; fulné- pełne; za boga- żadną miarą; brekują- potrzebują; kąsk- odrobinę; miłota- miłość; tej- wtedy; przeslecac sa- przymilać, mizdrzyć się; przecywiac sa- droczyć się; nie darwają- nie muszą; goscëtwa- gościna; krëjamnota- tajemnica; klapac- plotkować; niechtërny- niektórzy; sygnie- wystarczy; żdaje- oczekuje; białcësko- tu: kobieta będąca w sytuacji nie do pozazdroszczenia; przédnik rządu- premier; wej- wykrzyknienie, tu: potwierdzające prawidłowość określonego zachowania; bëlny- porządni; je nót- należy; szónowac- darzyć atencją; chëcz- dom Kaszuby; dlôte- dlatego; achtniwóny- doceniani; prôwdac- co prawda; niemiłoserno dupowati- niekompetentny, tu: ze wskazania partyjnego.

Weterinôrz


Sedzy weterinôrz w swojim gabinece
I gazéto w pôlcach niecerplëwie gniece

„Gripa w Americe!” „Wnetka mdze kuńc swiata!”
„Kupta nasze léczi- można płacëc kartą ...”
„ Papiora szëmarzi, stronë przegarinô
Wojna tu, tam biôtka- klin wëbiti klina ...

Mecz. Co mecz!? Zabôczëc! Ko nie naszi grają!
„Ageńt Tómk w ataku- Doda je ofiarą!”

Sygnie! Oszôc sama. Czekają pacjencë ...
Prosza baro! Ôpen, żelë chto le wlezc chce ...

- Meee- to koza w progu stana pierszô z rédżi
Dôjce jaką smara, bo mie bolą rodżi!

- Hewo je, rôz na noc a tej o przëpôłnim-
z górë w dół ja wcerac, jaż róg badze sztiwny ...

Spac mój pujk ni może. Miéwô mokré snica ...
A filmë obzérô?! ? Leno z satelitë ...

- Dieta nót przepisac- kocą „Dobranocka”
Do te syrop słodczi w pësk mo lôc- trzë krople ...

- Ssswadzy ssstraszno ssskóra- żnijin taczi tôczel
Dobrą dóm dorada- w skło sa z octa wtłoczëc ...

Niglë żółw wëdësził ze se, co dolégô
Doktór zbadérowôł konia i mësz z wilka ...

Przëjął mucha z bóla ucha, z wrzoda pszmiela,
Szterë zopartë i bizonowé cela ...

Wëlekarził bunka z reka, warbla sznëpa,
Sztuczné zrobił oddichanié ... Botoks w lëpa ...

Celulitis prosny swini flot uprawił
Z sylikónu zmiarti knadze cycczi wstawił ...

Jesz dwa scërze do szczépianiô, fajrańt blisko ...
Drapie pajk sa trzecą gajdą, szur sa wiskô ...

Czej ostatnô ju recepta szła do butna
Sadnął cażko weterinôrz, wzérô smutno ...

Choc po lëdzku klijent nie zagôdôł żóden
Lepszé to, niż głupé, człowieczëné pludrë ...

Tómk Fópka, Chwaszczëno, 7.11.2009 roku, godz. 22.11

Marce merca


Czedë wjéżdżôsz na podworzé
Swojim stôrim cynko-cënko
Bracô trzimią z bëna dwiérzë
okno- sromota otemknąc...

Klepiész dërno, jaż drżą rutë
- Pochwôlony! Marta doma?
- Poj do jizbë! Scygnij bótë!
Môta wa ju wëżniwioné?

- Mëmka nama co zrëchtëje...
Jaką kawa, może kucha...
- Pojkôj, Martko, je twój bëniel!
Czej ju jidzesz- zabij mucha...

- Jo, co ti w tim sejmie czwarzą...
Chcą podatk- bikowé wrócëc...
- Powiéce nóm jinszą razą,
Nóm sa spieszi! Nót je zdążëc!

- Na poszëku! Badzta z Boga!
Grzej maszina! Sadna z tëłu...
Pierszi zôkrat- chraszczi w biegach,
osmëdzesąt- bufsô koło...

- Film o piąti je puszczóny...
Dô to rada sa dotrëkac...?
Wkoło stronë dobrze znóné,
A do miasta tak daleko...

- Jesz nié białka, a ju wadzy!-
Ksawér gôdô i wprzódk czadzy
Sadzy, nëkô corôz pradzy
Jaż w tim szwągu o cos zadzôł...

Zmokł sa on i mokrô ona
Autół w rowie tonie w trôwie
- Chwała Bogu! Cud, że żëja!
Tatk mdze złi, czej le sa dowié...

Moje autko... Tak pucowôł...
Tëli czasu... Wszëtko na nick...
Prosto w rowisko wkarowôł!-
Bez to twoje gagnotanié!!

Co!? Ten rëmtot to wstid lëdzczi!
Jô jem wôrt, bë merca jachac!
Co të so, w całoscë mëslisz!?-
Szła na bok i jała płakac...

- Mulko- knôp tak „z mitka” zaczął
Ko të wiész, że jô ce kochóm...
Bądze merc, le nié od razu...
Z wrëka dëtka nie wëczechlóm...!

Ju sa smieją Martë oczë
- Ten film bądzemë pamiatac...
Wejle, jiny autół jedze!
Scygnij- że ga! I ... dôj raka...

Tómk Fópka, Chwaszczëno, 29.08.2009 roku, godz. 12.12

6.Garstkowiak Krzysztof


SEN RYBAKA


Brzeg zadarty klifem
muskany fali szlifem
muszla na plaży
jak w słońcu się praży
łódź odwrócona dnem
to kaszubski sen
sieć łopocząca na wietrze
co w głębiny iść nie chce
rybak co fajkę pyka
widok który znika

Godło Stolem

ZATOKA PUCKA


Wśród wieczornych rozmyślań o wiosennym zmroku
gdy myśl błądzi hen w helskiej kosy skraje
widzę moją cudowną zatokę
nie wiem rzeczywistość czy mi się zdaje

Zaś w falach pełnych uroku
widzę duszę i siłę nadziemską
chciałbym tak płynąć po bryzie stoku
objąć dłońmi toń niebieską

Gdy wpatruję się z zachwytem
w fale pięknie spienione zwoje
zrozumiałem twierdzeniem niezbitym
tyś zatoko piękniejsza niż wiersze moje

Godło Stolem
Lat 53

SPOTKANIE NA PUCKIM MOLU


Na końcu mola
pochwycił mnie nagle
zawirował zakręcił
do utraty tchu pamięci
zapachniało mi wtedy
bursztynem, żarnowcem, plażami
długo wędrowaliśmy pojmani
prze port, rynek, ulicami
szalał swymi podmuchami
nagle spytałem ty skąd
jestem kaszubski wiatr
wyszedłem na strąd
w chmurach się rozwinął
zniknął mi zaginął
byłem znowu sam
jak wiatr gdzieś daleko tam

Godło Stolem

RYBACKA PIELGRZYMKA


Dlaczego te dzwony tak biją?
Dlaczego tak w kaszubskich wieżach rozdzwoniły?
Czy serca dzwonów również żyją?
Czy dzwony się inne dzisiaj rozbiły?

Może to sen i dzwony nie biją
Tylko tak wiatr szumi nad toniami
Posłuchaj ich, posłuchaj pieśń dzwonów
Pchane wiatrem płyną nad rewami

Teraz zrozumiałem czemu biją te dzwony
Dzisiaj jest dzień „Kaszubskiego Pielgrzymowania”
Słyszę nad zatoką znajomy ton
Znany widok nagle się wyłania

Wędruję brzegami, grzywacze, tale
Wchodzę na stopień Puckiego Kościoła
Naokoło Fary twarze mi znane
Ta wieża z dzwonem co Kaszubów woła

Noc na dole port łodziami ubrany
Ryby, meduzy płynące w słonej zieleni
Brzeg zatoki z powagą chwili przybrany

Nagle wszystko się rozmywa
Widzę tylko łodzi rybackich kontury
Zostało wspomnienie i myśl natarczywa
Czy taka „Pielgrzymka Rybacka” też na świcie gdzieś pływa?

Godło Stolem

KRZYŻ NA PRZYSIÓŁKU „BEKA”


Stoisz samotnie
patrząc swymi ramionami
Czekasz do świtu
oglądając połysk zatoki
Tylko ktoś czasami
zmieni uschnięte kwiaty
Jesteś uparty jak wiatr
wściekle cię powalający
Podniesiony litościwymi rękami
oczekujesz swojego przeznaczenia
Stoisz samotnie...

Godło Stolem

KLIF W OSŁONINIE


U stóp dzikiego klifu
wśród zmurszałych pni czasu
pomiędzy bryzami zatoki

Wędruję brzegiem
słuchając muzyki fal
bijących w skamieliny historii

Podziwiam spękane plejstoceny
jak linie papilarne
mojej dłoni

Godło Stolem
Lat 53

WIOSNA


Wiosna powoli nadchodzi
przyroda na nowo się rodzi
kolor zielony mają łąki
drzewa wypuszczają pąki

Patrzę na ptaki lecące
piękne trele nucące
Promieniście uśmiecha się słońce
pierwsze kwiaty są na łące

Podglądam piękno przyrody
ptaki zwiastuny podniebnej swobody
czuję cudowny zapach lasu
człowieku ocal to zawczasu


PUCKA FARA


W cichym zaułku przy nadbrzeżnym porcie
Stoisz dostojnie w patynie czasu
Wchłaniając oddech morza
Zapach wodorostów i historii
Zatrzymujesz w dzwonie czasu

Słońce błyszczy w twej wieży
połyskując ramionami krzyża
Ja stąpając po nagrobnych płytach
Stanąłem zasłuchany
Wdychając oddech wieków

Godło Stolem

OCZEKIWANIE


Przykuty jak Stołem
Do Kaszub
Nad zatoką gdzie trwam
Walczę
O wydmy zdeptane butnymi stopami
Słucham
Szumu fal błagających o litość
Patrzę
Na ostatni lot mewy
Czekam
Gdy nadejdzie sztorm
Jestem
Sam jak rozdarta sosna...

KASZUBY


Kraina w kamień
zaklętego stolema
Kraina gdzie mówili
mowy kaszubskiej nie ma
Kraina czarnego Gryfa
gdzie serce oddycha
Kraina wydm i wody
Kaszubskiej wiecznej swobody

Godło Stolem

7. Kuźma Justyna


Bajka


Daj mi bajkę
Na chwilę
Pozwól mi ogrzać
W Twoich dłoniach

To wszystko
nieprawda
zmyślone
Nie ma
nas
Na tej fotografii


Tęcza


Pachnę tobą
Promienie zatrzymały się
Barwy

Paradoks natury
Rozkosz cierpienia
Załamać światło

Dla tęczy


Bilans


Nie mogłeś mi dać
nic więcej

ani minuty
w słuchawce
ani kluczy
ani pośpiechu
po pracy
ani chwili
przed świtem

a ja
zrobiłam właśnie
rachunki

dałam ci zbyt wiele
w roztargnieniu
nie mogę się doliczyć
reszty

nie da się żyć
(na dłuższą metę)
z połówką serca


Światło


Brałam garściami
światło
które
dawałeś
garściami jak ślepiec
jak zapasy
na zimę
pakowałam
w drobne pierścionki
opatrzyłam podpisami
tutaj cynamon
tutaj droga
tutaj ciemność
mała świeczka
róża

wiedziałam
to nie wystarczy
więc tuliłam się
do twoich dłoni
ciągle niewidoma

nie starczyło
do pierwszego
smutku

światła
nie da się
przygwoździć
jak motyla


Jaskółka


Te chwile
Odrobina trucizny
Przesączona
Przez jedwab

Mylisz się

Ja jestem ptakiem
Osiadłym
Buduję gniazda
Na piasku
Jedno
Po drugim
Zabiera wiatr

A ty patrzysz
Jak na jaskółkę


***


a może tak po prostu
gdzieś tam
zostaniesz
jak w kadrze
w słuchawce
zamkniętej
na cztery spusty
na dnie szklanki
z piwem

tak żebym zawsze mogła
wrócić
jakby nic się nie stało


Zgubiłam się wczoraj


Wyszłam z domu
miałam na sobie kurtkę
szalik
zgubiłam ostatnio
zgubiłam siebie
tam gdzieś
na rogu dwóch ulic
pod małą kafejką

w tej małej filiżance
albo w tej dużej którą
trzymałeś ty
tam
gdzie twoja dłoń
nie dotknęła
mnie

więc się zgubiłam
uczciwego znalazcę
proszę


Kiedy cię spotkam


A może tak
właśnie miało być
„kiedy cię spotkam
co ci powiem”?
chcę zapamiętać
twój smak
i czerwony świat
w maleńkim szkle
gdy rozbłysnął nagle
dla nas

Chcieliśmy tyle
cały świat
jak
pięć minut
i cynamon


Przestrzeń


Przestrzeń
Przyszła
W twoich dłoniach
Zamknięta po cichu
Pod powiekami
Zapach
Delikatność
Znowu motyl
Na chwilę
Znowu zatrzymane
Kadry

Proszę nie dopuść
przestrzeni
Zadławię się
Powietrzem


POPATRZ MAMUŚ


Popatrz Mamuś
jak moje życie się toczy
podobne do siebie dni i noce
tylko chwil pamiętne daty
spojrzenia jak drobne rozpacze
płonące znicze wspomnień

Więc jednak inne
bo światy upadają i w piątki i w niedziele
i wszystkich nas spotyka to samo
tylko każdego osobno

Popatrz Mamuś
Widzę Twoje mądre oczy
Słyszę Twój śmiech srebrzysty
Dotykam rąk ukochanych
Czekam na poranek kiedy
obudzisz mnie jak niegdyś
bo Bóg wyśle Ciebie
zamiast anioła
żeby nie popsuć niespodzianki


CO U CIEBIE, MAMO?


A dziś śnieg zapomniał spaść
Więc wiosna w pełnym rozkwicie
U mnie - dziękuję, jak zawsze
Bóg dobry czuwa nad moim światem
Kruchym jak posklejane lustro

Ciągle nie mogę się do Ciebie dodzwonić
Może choć znajdę Cię w Internecie gdy
Przycupniesz zdjęciem w rogu ekranu?

Chcę Cię zobaczyć lecz strach jest silniejszy
Odbiera mi samotność krążąc szukać ludzi
Więc uciekam od luster i zdjęć
Ale nie chcę wieszać czarnych chust
Bo może Ciebie odstraszą?

Moja niepoprawność gdy wołam Cię nocami
I nakrywam głowę kołdrą w obawie
Że kiedyś przyjedziesz naprawdę

Mamuś tyle mam Ci do powiedzenia!
Spotkajmy się raz wreszcie przy herbacie
Szkoda tylko czasu którego już nie ma
Może więc wieczność utonie na chwilę
Na dnie rudej szklanki
Dając nam jeden moment wytchnienia

13.V.2003


ODESZŁAŚ


Odeszłaś żeby nie patrzeć
na odchodzący świat
odeszłaś żeby nie czekać
aż umrą ostatnie drzewa
odeszłaś bo przecież tylu innych odeszło
nie zatrzymam Cię choćbym nawet
trzymała się Twej sukienki
choćbym ściskała Cię za rękę
choćbym co noc walczyła z Bogiem

Twoja sukienka została mi w rękach
Jeszcze czuję dotyk Twych dłoni
Jeszcze słyszę Twój głos
Jeszcze przechodzisz przez pokoje bezszelestnie
Jak słońce zaglądające nam w okna

Czasem stoję jak oślica na drodze anioła
i wierzgam przeciwko ościeniowi
walcząc z szeregami uskrzydlonych rycerzy
miotam się jak bezsilna mrówka
na gruzach mrowiska

Mój Bóg co przechodzi tędy co rano
Patrzy na mnie Twoimi oczami
Może któregoś dnia zatrzyma się na moment wtedy
Ktoś zabierze rąbek mojej sukienki
na pamiątkę
26.XI.2000


GDZIEŚ TAM


Gdzieś Tam
Jest moja Mama w niebieskiej sukience
Śmieje się wesoło na huśtawce z chmur

We wrześniu miną dwa lata
A ja wciąż pamiętam Jej głos

Jakby to wczoraj rano budziła mnie do szkoły
Jak zawsze pospieszając
Podając śniadanie
Słuchając wiadomości w radiu i moich wynurzeń

Jakbyśmy wczoraj nie skończyły
Tradycyjnych dyskusji przed snem

Jakbym wczoraj w południe wyszła ze szpitala
Z jej zegarkiem w ręku
Z przestrogami dla taty
Z wymówkami że jak zawsze

Z żalem że już nigdy
16.III.2002


MÓJ WIERSZ GORZKO - SŁODKI


Popatrz Mamuś
Jak słońce przegląda się w moich oczach
Popatrz jak chodzi do pokoju
A dzień coraz dłuższy

Nareszcie Niedziela nie szara
Nareszcie miłość jak następstwo śmierci
I śmierć jak sukcesorka miłości
Nareszcie słońce wiosenne
Uśmiecha się żartobliwe
Bo ciepło które wysłało przed laty świetlne
Dociera teraz jak spóźniony listopad
Na którego przyjście nadzieja dawno usnęła

Musiałaś odejść
Żeby dać początek przez paradoks końca
Żebym zrozumiała
Żebym nauczyła się
Pisać gorzko - słodkie wiersze
Chwytać garściami chwile
Zachłysnąć się nadmiarem Życia

3.IV.2001


GOŁĄB


porzucone w pośpiechu
przygniecione portfele dokumenty i wstążki
rozsypane drobiazgi zegarki
pogniecione ciała jak zdjęcia zgubione przypadkiem
przywalone zgryzoty rozpacze wspomnienia
poszarpane uśmiechy i dłonie

a tam gołąb zdziwiony na żelaznej gałęzi
zaskoczony wolnością i mrozem
i powietrzem nagle zatłoczonym od dusz
i tą ciszą co powinna być gwarem

30.01.2006 r.


MOGŁABYM


Mogłabym się w tobie zakochać
Popatrz jak łatwo jak czysto
Miałbyś imię
I oczy koloru nieba
I ręce jedyne a w nich moje serce
Zobaczyłbyś jak umiem
Zamknąć cały świat w twoim uśmiechu
I mój świat zobaczyłbyś
Ukryty pod powiekami spojrzenia


8. Lange Joanna Gabriela


Toffik


W futerkowym szaleństwie
Które nachodzi nas rano
I oczarowuje słodkim opakowaniem
Oraz dwoma brązowymi reflektorami
Jest tyle wrednoty
Co w zagorzałej dewotce
Dewotce tą tylko małą różnica
Że dewotka nie gryzie
Kiedy chce jeść...


Liściasta paranoja


Pada złoty deszcz
Pada rudy deszcz
Pada purpurowy deszcz
Pada brązowy deszcz
Pada miedziany deszcz
Pada zielony deszcz
No i wieje biały wiatr
No i stoi nagi krzak
No i chlupie brudna woda
No i butów jest mi szkoda
No i klei się pajęczyna
No i błoto się zaczyna
A tak było kiedyś ładnie
A tak zielono wręcz przesadnie
A tak zawsze miało być
A tak każdy by chciał żyć
A tak się nie stało
A tak wszystko w nas wywiało
No i mówi się już trudno
No i dla niektórych będzie nudno
No i wpadną w stan depresji
No i będzie full ekspresji
No i ja się z tym nie zgadzam
No i tajemnicę wam zdradzam
Pada złoty deszcz
Pada rudy deszcz
Pada purpurowy deszcz
Pada brązowy deszcz
Pada miedziany deszcz
Pada zielony deszcz
Spadł ostatni kolorowy deszcz


Obcy


Być wśród ludzi
Ale nie być wśród nich
Śmiać się z nimi
Ale nie śmiać się
Być widocznym
Ale ni być widzianym
Żyć pełnią życia
Ale nie istnieć dla ludzi


###


Grają walce pogrzebowe
I mazurka rota brzmi
Armia mrówek maszeruje
W rytm odruchów chleba
Wielkie oczy spoglądają
Spod cukierkowej osłony
Plastikowi żołnierze walczą
Na mrugające ślepka
Tandetni ludzie uciekają
Przed obcą tandetnością


Ona


Yami szybuje poprzez wszechświat
Nigdy nie czuli do niej uczucia lękliwi
Zawsze była tłem dla groźnych
Budziła grozę wśród nieświadomych
Była osłoną dla kochanków
Zarzucano jej wszystko co złe
Przeklęta od samego początku
Choć tak naprawdę niczemu nie była winna
Po prostu była tym czym miała być
Matka początku z którego wszyscy się wyłaniają
Starsza od człowieka
Starsza od życia
Starsza od Ziemi, Słońca
Może nawet starsza od Boga?
Trudna do ogarnięcia
Niematerialna ale widziana w swej nieprzejrzystości
Po prostu zagadka bez tajemnic
Początek bez końca
Fascynacja dla młodych głupców i poetów.


Wiersz dla istot myślących


Ziemia po której stąpa świat
Jest przykrym widzem tego
Co potrafi zrobić istota myśląca.

Woda bez której nie można funkcjonować
Jest ciągle bezczeszczona przez
Istoty zdaje się myślące.

Ogień który może pożreć wszystko
Jest ciągłym narzędziem krzywdy
Choć czyni wiele dla myślących.

Wiatr który napełnia wszystkich
Jest najgorszym mordercą
Oraz pupilem istot myślących.

Flora i fauna choć są tylko dodatkiem do tła
Dla istot myślących
Są tylko niczym ważnym, szczegółem, śmieciem...

Tylko czym dla istoty myślącej
Jest człowiek?
Przeszkodą? Tamą? Ścianą? Brudem?


ZZZ


Świat bez tajemnic, zła...
Świat, który nigdy nie zaistnieje
Choć w swojej konsystencji
Zawsze istniał w naszych umysłac
h ŚWIAT który ma wiele nazw
Utopia, Niebo, Raj, czyściec, pustka...

Świat w którym trudno odnaleźć ludzi
Bo to już nie są ludzie to... istoty
Aniołowie, cherubiny, strażnicy, duchy...
Istoty bez ciała, ale posiadające dusze...
Dusze będące światłem w tunelu
Są mostami między tobą a Bogiem...


Miękkie serce


Wstrzymam czas
Zmienię bieg rzeki
Oświetlę noc
Przygaszę słońce
Ożywię umarłego
Opanuje wiatr
Zabije morderców
Okradnę złodziei
Zmienię ludzi
Oddam wszystko
	
...
zostanę z niczym
	
...
ale czy to coś da
kiedy wszyscy są ślepi
ślepi na innych ...


O rozpaczy rodzicielskiej


kryształowa kuleczka
porcelanowa laleczka
papierowy samolot
kostki domino ustawione z rzędzie
wypchany Puchatek
plastikowy bibelot

	
łóżeczko
	 	
pieluszki
	 	 	
ubranka
	 	
grzechotka
	 
smoczek
butelka

i wszystko świeże
śliczne
ludzkie
bezwartościowe

	
porąbać łóżeczko
	 	
rozdać pieluszki
	 	 	
rozerwać ubranka
	 	
zniszczyć grzechotkę
	 
spalić smoczek
potłuc butelkę

pusto
nieludzko
obco

Dziecko?
Nie tylko
proch
ziemia
i ciałko...


Obrzydlistwo swojskie


leją się strumienie bezdenne
solonej cieczy

biegają mrówki w zadymionej kuli
szukając wyjścia

winniczka pełzająca w otworze
uświniająca gniazdo

dwadzieścia robaczków podkurcza się
w nielegalnym kalectwie

zdzierasz swoją płytę
niestety kopii nie dostaniesz w sklepie

cerujesz lniany worek
tych blizn będzie jeszcze więcej

oznaczasz miejsca własnym fetorem
pozostawiasz ruchomy ślad

kiedy złożą cię w ziemi
robacy rozniosą cię po świecie


Terror (7. 07. 2005)


Przestano rodzić łzy
Wyschły oczy
Zimne ręce zapalają kolejne świece
Świece pamięci
Oczy ludzi są puste
Żyją, bo muszą

Pustoszeją ulice

Wszyscy jesteśmy ofiarami
Masą nie jednostką
Liczbą, nazwiskiem
Dla nich jesteśmy
Celem
Nieświadomymi owcami
Głupimi owcami
Bez pasterza

III wojna światowa

Wojna ze zdrajcami narodów
Walka z wilkami w owczej skórze
Z przebranymi Kainami

Życie po życiu
	
A po ziemi nie stąpają już ludzie
	
Tylko wilki i owce...


MMV


Tu gdzie tryska źródło krwi
Płynącej przez pokrojonych przez los ludzi,

Ale także źródło dymu, wody, trucizn, ognia

Gdzie łatwiej jest oderżnąć rękę
Niż przymocować ją z powrotem.

Gdzie łatwiej zabić dziecko
Niż dać mu przeżyć jeden dzień.

Gdzie krew naprawdę obmywa
Z małej niewinności.

Gdzie nadzieja jest pojęciem
	
Względnym.

Tu gdzie koniec ma swój
	
Początek...
	
...


Grubasek


Daj szansę istocie grubej
Nie jest doskonała

Nie ma długich nóg
Nie ma długich, ładnych nóg
Nie ma długich, ładnych, zgrabnych nóg

Nie ma miękkich pośladków
Ma naprawdę dużą, miękką dupę

Nie ma brzuszka
Ma wielki, okrągły brzuch

Nie ma rozmiarów 75 miseczka B
Ma dwa berety na gumce

Nie ma wąskich ramion
Ma szerokie bary

Nie ma długiej szyi
Ma worek zamiast niej

Nie ma pięknej twarzy, włosów
Ma dynię z garścią kłaków

Daj szansę istocie grubej,
Bo w środku pod tłuszczem
Jest dzieckiem,
Które chce być kochane.

Nie rań istoty grubej,
Bo ona zrobi dwie rzeczy:
	
- zniszczy siebie
	
- a potem zje ciebie.


Nocna kaplica


Nie ma piękniejszych widoków
niż te o północy.
I o każdej późniejszej godzinie.
Kiedy kopuła nocnej kaplicy
błyszczy czarnym blaskiem
rozświetlając ziemię światłem kosmosu.
Tutaj można się modlić nieprzerwanie,
bo Boga widzimy czuwającego,
	
patrzącego.
Tylko wtedy ludzie są prawdziwi
I tylko wtedy są oni naprawdę groźni.


***


Zmienię dziś to
czego nie zmieniłaś wczoraj.
Pojutrze odpracujesz dziś
a przeszłość zapakujesz w pudełko
i wyślesz świat.
Chociaż wiesz, że wróci
nie chcesz teraz o tym myśleć.

Nałożysz kolejną maskę na twarz
Ubierzesz kostium codzienny
Wykreujesz dzisiejszy charakter
Wszystko będzie cudowne
Szkoda tylko, że nie biją ci braw
Nie wręczają kwiatów
Za udawanie szczęśliwej
Kiedy zejdziesz ze sceny publicznej
Zniknie figlarny uśmieszek
Twarz nabierze szarości
Skurczysz się do rozmiarów myszy
Staniesz z boku i będziesz jedną z wielu

A wszyscy myślą, że takie rzeczy
Dzieją się tam, a nie
Tuż obok.


$$$


Nie mam okazji spojrzeć w bok,
bo nawet to zabiera mi czas.
Trudno mi spamiętać imiona i ludzi.

Oczy się kleją,
obrazy się mienią,
a paznokcie są coraz krótsze.

Wiedzę już tylko pasiaste skarpety
i czerwone sznurówki.

A gdzieś daleko słyszę śmiech,
	
widzę łzy,
	
czuję gwałt,
	
wywęszam strach.

Kolejne miejsce w kościele jest puste
Dzwonią pieniądze w sklepikowej kasie

	
Geniusze podwórka
	
Bezimienni bohaterowie
	
Despotyczni władcy domu
	
Oraz kolorowe ptaki
	
W tłumie pstrokatych kur

Idę tak, udając nieświadomą

A gdzieś tutaj stoi tamta
tyle, że jest trochę inna niż kiedyś
tamta jest głupsza, naiwniejsza,
	
bardziej dziecinna.

Ważne jest to, że ona jest przy mnie
bez niej mój świat popadnie w ruinę.

Dzięki Ci Boże, że mi ją dałeś.
I proszę Cię Boże nie zabieraj mi jej!
Tylko w taki sposób
	
Razem z nią
Jeszcze funkcjonuje.

Jeśli jej zabraknie
to będzie znaczyć, że
wydoroślałam.


Nie mogę przestać

	
Szukam gwiazd na niebie,
bo one dają światło nocą.
	
Szukam nadziei w sobie,
bo ona jest moim światłem.
	
Szukam miłości w innych,
bo ona jest nadzieją dla serca.
	
Szukam człowieka w tłumię,
bo prawdziwy człowiek potrafi kochać.
	
Szukam wielkiej wiary,
ale ona jest w człowieku.
	
Szukam sensu dla całości,
ale przecież już dawno go znalazłam.
	
Szukam schronienia dla duszy,
ale nie może nim być budynek.
	
Szukam wewnętrznego ciepła,
ale popiół znajduje.

Chcę przestać - Nie mogę
Chcę uciec - Boję się
Chcę to zmienić - Nie mam siły
Chcę skończyć, ale jest jeszcze za wcześnie.


Darżlubska kapliczka


Świętość wyższa
Niczym stara kobieta
Uchylić kapelusza przed nią trzeba
Z szacunkiem ją przywitać
Postać rumiana jak bochen chleba
Serce, rozum i duszę
W figurach posiada
I jedną głębszą rysę
Niczym zmarszczka na ciele
Głos jej choć ma wiosen wiele
Wciąż rozbrzmiewa
Wszyscy ją znają
Choć mogłaby być babką
Mojego dziadka

Dbają o nią i uwielbiają
Bracia bezocy
Dziewczę co u ołtarza służy
Chłopak, którego życie nudzi
Ona was łączy
Jak w jednej rodzinie
By przy zdrowaśkach
Zapomnieć o przyczynie
Dla której czas tak szybko płynie.


Moja ojczyzna


Szafirowe morze
Szmaragdowe lasy
Złote piaski wydm
Malowane miasteczka
Szkicowane wsie
Pagórki niewysokie
Rzeki rwące
Strumyki ciche
Kapliczki drewniane
Hafty malowane
Barwne stroje
Żywe tańce
Głośne śpiewy
Diabelskie skrzypce
Burczybasy
Szczęśliwi ludzie
Język niepowtarzalny
I ziemia kaszubska
I morze polskie
Zawarte jest to wszystko
Na skrawku ziemi
Małej ojczyzny
Mojej ojczyzny.


Wiśnia Ani Sherley


Już dawno minęły czasy
Kiedy razem z Anią
Bawiłyśmy się pod tą wiśnią
Tańczyłyśmy radośnie pod jej gałęziami
Byłyśmy jeszcze młodziutkie
Ta wiśnia była jej przyjaciółką
Obdarowywała kwiatami wiosną
Latem dawała nam boskie owoce
Kochałyśmy obie to drzewo
Kiedy padał deszcz
Chroniła nas
Kiedy paliło nas słońce
Obdarowywała nas swym błogosławionym cieniem

Minęły lata, zniknęła dziecinność
A Ania razem z nią
Wiśnia została sama
Nie odwiedzałam jej, przecież to tylko drzewo
Drzewo, które zostało ścięte
Umarło
A z nią
Prysnęła bańka mydlana
Mego słodkiego dzieciństwa
Razem z Anią z Zielonego Wzgórza.


Cmentarz II


I znów krzyże
I znów groby
Śmiertelność krucha
	
styka się
z nieśmiertelnym duchem
Miejsce to oblega głuchota
która wchłania dźwięki ulicy
a w niej jest pustka
której nikt nie zatrzyma

Anielskie posągi
obserwują śmiertelnych
gdyż któregoś dnia
zabiorą każdego
nie pozostawiając po sobie śladu

Tutaj ból przestaje istnieć
Łzy na nowo się rodzą
Smutek i żal - tym karmi się cmentarz

Choć czasem uśmiech znajduje tu miejsce
wiem że nie cierpią - ich nic nie boli
Cmentarz to nie ból - to szczęście

Gwiazdy,
Wy mistyczni bogowie greccy
Co strzeżecie niebios
Aby żaden śmiertelny
Ani żaden przeklęty
Nie rozdarł waszej szaty
Nie wykradł skarbów
Nie zbezcześcił świętych grobów aniołów
Strzeżcie je
i nie zdradźcie tajemnicy,
którą tylko wy znacie.


Moja Nibylandia


Kiedy pstrykam palcami
Zmieniam się w białego ptaka
Który właśnie wznosi się ponad lasami
I szybując ponad obłokami
Chce być wolnym

Kiedy klasnę w ręce
Jestem srebrzystą rybką
Zwiedzającą dno oceanu
A kiedy wraca do mamy
Chce być kochaną

Kiedy zamknę oczy
Jestem kimś kim chciałabym być
Młodą czarodziejką
Która za pomocą czarodziejskiego kamienia
Niszczy zło a rozdaje dobro

Gdy otworzę oczy
Jestem w swoim pokoju
Nie idealnym ale za to realnym
A kiedy patrzę przez okno myślę:
Czemu to wszystko nie jest prawdziwe?
Czy kiedyś tam dotrę?

Pewnie tak
Bo to wszystko
Istnieje tylko
W moich
Snach


Szpital


Korytarzem czystym,
słyszą czyjeś kroki
starzy i młodzi,
dzieci i dorośli.
Każdy osobno,
lecz wszyscy razem.
Każdy tu się znalazł.
Tu się narodziliśmy,
ale niektórzy stąd odejdą.
I znów słychać:
„Pani Kowalska!
Pilnie proszona na oddział!
Pani Kowalska!”
Znowu podadzą gorzkie lekarstwo.
Dla naszego dobra.
Niektórzy są tu dzień lub dwa,
ale inni rok lub dłużej.
Nie mam ochoty tutaj być.
Chcę do domu!
Chcę do mamy!
Chcę do taty!
Nikt nie przyjdzie,
bo jestem sama.


Wariatka


Hej, ludziska!
Patrzcie na zbocze urwiska!
Tam siedzi wariatka
I gada do kwiatka.
W tęczowej sukience
Z kapeluszem w ręce
Między gruszą a wiśnią
trzyma mak całą kiścią.
A między nogami
No, patrzcie sami!
To welon czy firana?
Niech pani zgadnie sama.
Gada coś do siebie
I chyba czuje się jak w niebie.
Tylko nie mówcie ludziska,
Że to jakaś artystka,
Która mając humor dobry
Ukazuje swoje hobby.
Ale miła jest ta wariacina,
Która taki numer nam wycina
Jednak lepszy człowiek taki
Niż smutasy i ponuraki.


Droga


Z atramentowej czarnej nocy
wyłania się ścieżka biała.
Widzę jej cząstkę
umyka mi spod stóp.
Idę przed siebie, nie wiedząc ?
Dokąd idę.

Widzę iskierkę,
podchodzę i biorę ją w dłonie.
Jest taka... ciepła
Rozjaśniło się dookoła.
Gwiazdy i Księżyc pokazały swe oblicza.
A me oczy szukają swojej gwiazdy
na atramentowym niebie.

A ścieżka dalej gdzieś umyka
ucieka przede mną
biegnę, choć nie wiem gdzie mnie powiedzie.
Znów stanęłam, podziwiając biel śniegu.
Biorę płatek jeden w ręce.
Nie roztapia się i wcale nie jest zimny.

Lecz znów muszę gonić ścieżkę
aby nie zostawiła mnie samą.
Biegnę dalej, wytrwale.
A stopa moja dotknęła traw miękkich.
Miękkich kwiatów było mnóstwo
wśród nich białe róże.
Zabrałam więc jedną najbielszą.
I musiałam biec dalej, bo droga ucieka.

Znów biegnę, biegnę do bólu.
A me łzy w perły się zmieniają.
Łzę biorę w dłoń
Przede mną stoi wierzba, która płacze.
Listki jej zżółkły i wpadają do wody.
Biorę listek malutki, odwracam się
chcę biec dalej, ale...

Ale widzę koniec drogi.
Na końcu białej ścieżki
są drzwi także białe
idę z uśmiechem na ustach
i trzymam pudełko, a w nim:
iskierka ciepła, płatek nie zimny,
różyczka biała, wierzby listek,
łza ma własna w perłę zamieniona,
a na ustach uśmiech.
Zamknięte to wszystko
w małym pudełku, który zwie się
Życiem.


Mojemu braciszkowi


Siedzę tutaj przy twoim grobie braciszku
Chcę ujrzeć twą twarz, lecz kamień widzę.
Widzę zimny, szary grób.
Chce mi się płakać, lecz nie mogę.
Mówisz mi cichutko:
„Nie płacz, gdyż jestem szczęśliwy.”
Braciszku mój miły odszedłeś tak nagle,
Nawet się nie pożegnałeś, bo poszedłeś do Bozi.
Mamusia płacze, a tatuś jest smutny,
Bo mówi do siebie:
„ Tyle radości nam dałeś, a teraz płaczemy nad tobą synku.”
Mamusia płacze, tatuś płacze,
Jacuś nie rozumie czemu wszyscy płaczą.
I gdzie jest braciszek?
I szuka go między czasem a ziemią.

Wszyscy płaczą i ja płaczę
Choć jeszcze się nie narodziłam,
Lecz już wiem, że odszedłeś
Abym ja się narodziłam i wiem też,
Że stróżem nam jesteś
I aniołkiem.


Śnieg


Śniegu ty radości moja wielka
Ty spadasz jak pióra anioła
I zbawiasz nasze serca
Ty bezszelestny deszczu rozkoszy
Ty który trwasz chwilę niewielką
Ale wracasz za chwilę, za dzień, za tydzień
By napełnić nasze serca bielą czystą
Nieskażoną złem całego świata
Lecz natchnioną bielą aniołka
Aniołka małego, ślicznego, wiecznego.


Cisza


Czemu płaczesz Ciszo?
Dlaczego noc w noc
Twe łzy topią świat w ciszy?
Czy dlatego, że z mrokiem się związałaś?
Czy dlatego, że nikt cię nie słyszy?
Odpowiedz, błagam, odpowiedz!
Już słyszę twa odpowiedź.
Ta głęboka cisza mówi sama za siebie.
Czy ty słyszysz Ciszę?
Posłuchaj
Człowieku marny
Wsłuchaj się w świat dookoła ciebie.
Usłyszysz odpowiedź Ciszy.

Czy ty człowieku marny umiesz słuchać?


Niebo


Jest takie miejsce,
Którego nie ma na mapie.
Jest takie miejsce,
Którego nie ma na Ziemi.
Jest takie miejsce,
W którym są ludzie,
Lecz nie ma ich wśród nas.
Nie czują bólu
Złości, nienawiści,
Nie tęsknią za nami,
Lecz my cichutko
Za nimi tęsknimy.
I my się nie boimy,
Bo i tak wkrótce
Do nich dołączymy.


9. Myszk Dorota


Bolszewska pchła

To ja, to ja
To co, że tylko pchła
Ale to ja,
Bolszewska pchła.

Bez interesu ja nie skoczę
Tu się obrażę tam się pokłócę
Wścieknę podroczę
Ale nie skoczę.

To co, że pchła
Ale to ja
Tak mnie potraktować
I kazać mi pracować?

Nie jestem głupia
Zanim ręką coś chwycę
To sobie przeliczę
Czy mi się opłaca.

Dla głupich praca.
Ja się źle czuję
Ja nie, nie mogę
Kto chce niech pracuje

Lepiej się położę
Mój Boże.
Ja i praca,
Żadna mi się nie opłaca.

Lepiej nogę na nogę założę
I pogadam
To jest najlepsza moja rada.
Wszyscy mają, ja nie

Gdyby tak manna z nieba padała,
To bym sobie nazbierała.
Oj nie, nie, bym się przy tym zmachała.
Co bym z tego miała?

Ja gdy do szkoły chodziłam,
Coś nie coś się tylko uczyłam,
Szkoła też nie dla mnie była,
Zaledwie ją skończyła.

Gdybym się porządnie przyłożyła,
To bym i szkołę ukończyła.
Ale co bym z tego miała,
Pracować bym musiała.
Ale ja do tego nie mam głowy,
Lubię wszystko co już jest gotowe.
Niech inni pracują,
Bo tego potrzebują.

Ja uwielbiam brzęk szkła,
Szum piwa,
Dymek z papierosa,
I udawanie herosa.

Nogę na nogę założę, 
Do talerza coś dobrego włożę.
I w towarzystwie odpowiednim
Się będę znajdowała

To o sobie najlepsze
Mniemanie będę miał.
Że, najbardziej lubiłam słońce,
Towarzystwo, picie i żarcie

Harówkę? Od roboty z dala
Takiego życia to się u mnie nie pochwala.
Wolę na słoneczku się położyć,
I sadełka sobie dołożyć.

E co mi tam taki mąż
Skoro do portfela wlazł mu wąż.
Obiadu mu nie ugotuję,
Opierać go też nie potrzebuję.

Niech idzie do pracy,
Tyle co wydam niech zarobi.
Jeżeli nie, to innego znajdę sobie,
Mam prawo do tego.

Żeby mieć bogatego.
Znajdę sobie takiego,
Jestem naj, naj, naj,
A ty mi tylko daj, daj, daj.

Serce matki

Czym jest serce matki
Dobrym, okrągłym i gładkim.
To oto serce matki
Choćbyś zrobiło nie wiem co dziecię
Ono kocha Cię zawsze jedno jedyne tak na świecie.

To serce matki
Czemu jest tak okrągłe, czemu tka gładkie?
Bo takiego nikt nie ma 
W nim nic złego się nie zatrzyma.
Z tej okrągłości wszystko spadnie
A serca matki nikt nie odgadnie.
Choć się zkręca i wzdyma,
Lecz serce matki wszystko wytrzyma.

Ona jedna Ci zawsze rękę poda
Choć serce z żalu łka a z bólu kona
Wiedz, że na świecie jest tylko ta
Jedna ona.
Serce matki w nim są płatki najbardziej czerwone
Bo ty tak jesteś wywyższony.
Dziewięć miesięcy Cię pod sercem nosiła
A własną krwią cię karmiła.

Serce matki wszystko dla ciebie robiło
Za dom dla ciebie służyło.
Serce matki razem pospołu z tobą biło.
Dwa w jednym było - serce matki.

Czy to ma być koniec świata

Nie, nie to nic, to nic.
Zabrano mi na stare lata:
Pieniądze z konta, Ale to nic.
Bo to tylko pieniądze.

To co, że została mi na stare 
Lata, Pusta chata.
Łyse konto,
Ale w sercu jest Toronto.

I co, że pieniądze zabrali.
Ale nadziei w Boga nie wzięli.
Bo tego by rady nie dali.
No cóż, że nie kochali.

Nie martw się, Nie martw.
Kocha ktoś ciebie: Bóg.
On jest w niebie,
On widzi ich i widzi ciebie.

Pieniądze, pieniądze
Szczęścia nie dają.
Bo one, tylko szatańską
Moc mają.

Najczęściej, tych co je mają
Swym blaskiem oślepiają.
I dla bliźnich wrogami się stają.
Tylko o siebie dbają,

Niech mnie wszyscy uwielbiają.
W pas się kłaniają.
Dzięki moim pieniądzom
Mnie dostrzegają.

Ja, ja to ja.
To ten, co pieniądze ma,
Z za uchem diabła.
A innych ma w poniewierce,
Bo z kamienia ma serce.
Czarną jak smoła ma duszę.
Wykrzyczeć to muszę,
Bo diabłu za pieniądze sprzedałeś duszę.

Do Boga nie zbliżają,
raczej oddalają.
Najczęściej, co je mają
Swym blaskiem oślepiają.

I dla bliźnich wrogami się stają.
Tylko o siebie dbają,
Niech mnie wszyscy uwielbiają.
W pas się kłaniają.

Dzięki żony pieniądzom
Mnie dostrzegają.
Ja, ja to ja.
To ten, co pieniądze ma,

I za uchem diabła.
A ich ma w poniewierce,
Bo z kamienia ma serce.
Czarną jak smoła duszę.

Wykrzyczeć to muszę,
Bo diabłu za pieniądze sprzedałeś żony duszę.
Przecież ją jedną masz
Bogu czy diabłu ją dasz?

Kto śpi i co je
Co w lodówce mają, a czego nie.

Chłop to chłop kto
Sobie w życiu umie poradzić,
A komu w życiu idzie źle
Idealny chłop to wszystko wie.

„MIŁOŚĆ”

Najważniejsza w życiu jest miłość
Ten kto kocha ten to wie
Czym to naprawdę miłość jest
Ten kto kocha ten to wie

Że, najważniejsza jest
No cóż, że ktoś ma prezencje i styl
Może mieć kilka radosnych chwil
Lecz cóż to jest w porównaniu do miłości

Bo miłość nie odbiera kobiety z jej godności
Bo miłość gdy gorąca jest i prawdziwa
Nigdy nie gaśnie, chyba tylko w grobie zaśnie.

Leżąc sobie w grobie
Wspominać będę sobie,
Jak to bezgranicznie kochałam
I co w zamian otrzymałam:

Kilka Jobów na dzień
Za innych wstawiania w cień,
Pozostawienia na co dzień
Choć od rana do nocy pracowałam
Co za to otrzymałam.

„MIŁOŚĆ DO PAPIERU”

Papierze przyjacielu,
Takich jak ty to jest nie wielu.
Ty nie zdradzasz, nie oszukujesz
Ja ciebie a nie ty mnie potrzebujesz.
Wszystko znosisz, o nic nie prosisz.
Cóż bym na tym świecie miała,
Gdybym się w tobie nie zakochała.
Jakże mój słuch pieścisz
Pisząc na tobie mi szeleścisz.
Gdy w życiu mi się nie udawało
To się kartkę brało
Pisząc, o całym świecie się zapominało.
Wszystkie radości i smutki moje znałeś,
Lecz nigdy mnie nie wyśmiałeś.
Zawsze wszystko cierpliwie przyjmowałeś,
Nikomu nic nie rozgadałeś.
Ni plotek, ni zgorszenia,
Pisząc nie miałam nawet wyrzutów sumienia.
Skrzętnie na tobie wszystko spisywałam,
Nic, a nic się ciebie nie bałam.
Moje życie do dożywotna kara śmierci.

„BEZ TYTUŁU”

Pij ten kielich z Bożej woli
do ostatniej kropli sącz
I to serce co tak boli
z sercem bożym złącz.

Niech cichutko łzy twe płyną
do Jezusa słodkich ran
Ziemskie bóle szybko miną
i pocieszy Pan.

Idź więc śmiało chociaż ciernie
ciężko ranią duszę twą
Krzyż ci dany dźwigaj wiernie
Choć z boleści łzą.

Jeszcze kielich twojej doli
kilka gorzkich kropel ma
Trzeba cierpieć pić powoli
by wypić do dna.

Twoja siła mało może
ale wieczny w niebie Bóg
dźwigać krzyże dopomoże
wśród wygnania dróg.

A gdy Jezus już usłyszy
Twojej boleści cichy jęk
Wtenczas dusza twa posłyszy
Wiecznej pieśni dźwięk.

„GŁUPOTA”

Czy to jest ludzka cnota. 
Głupota, Głupota,
powiedzmy sobie szczerze to się też
z czegoś się bierze,
Zarozumialstwo, lenistwo, kłamstwo,
jest ludzką codziennością
Co tu mówić o miłości
skoro serce pełne jest nienawiści i podłości
Jak tu się modlić,
skoro tylko jesteśmy zdolni do podłości
w naszym życiu nie ma miejsca
dla poświęcenia, dla innych, ani
do dobroci. Wszyscy mi dawajcie,
przede mną drżycie ze strachu,
obok mnie żyjecie, nie ze mną
bo ja jestem ludzki wróg.
Ja to ja, jestem najważniejszy
dla was jak Bóg.
Jakżebym się z wami równać mógł.
Głupich się nie sieje, ani nie płodzi,
taki głupek weźmie i się sam urodzi
To nie jest tak ważne
tu nie o to chodzi.

„PORANEK”

Poranek jest mądrzejszy od wieczoru
Gdy rano wstaję najlepszym się
zajęciom oddaję.
Wiaterek świeży mi twarz 
obwiewa, a cały mój świat
przede mną się otwiera.
Ptaszki pięknie śpiewają
kwiatki swe płatki
otwierają i pachnąć zaczynają
ludzie wstają i do pracy się wybierają.
O tym zapominają jaki cel mają,
pieniądze, pieniądze tylko kochają.
i tylko o tym myślą czy
odpowiednią płacę mają
odpowiednie za swoją pracę pieniądze dostają
Praca, praca mi się żadna nie opłaca,
ja uwielbiam taką pracę
co ręce i nogi spokój mają
i robota jest czysta
bo się nie kurzy
nigdy nie jestem sama 
to i mi się i nie dłuży,
taka robota mi służy,
nie męczy ani nie nuży
I dochód daje, ja przy
takiej pracy pozostaję.

„DOŚĆ PŁAKANIA”

Podniosę głowę do góry i spojrzę w chmury,
dość płakania.
Czas do roboty się brania.
Życie to nie bajka 
los ci nie zrobi ajka, ajka.
Co było to było to się już przeżyło.
Teraz trzeba dalej żyć,
widać tak miało być  i więcej nic.
Śmiech to zdrowie 
każdy mądry to powie
Uśmiechniętych ludzie uznają
Beksy nie kochają.
Cóż, że żal ból serce ściska
i łzy z oczu wyciska.
Umyj twarz otrzyj łzy
Boże, Boże pomórz mi 
Uśmiechniętym łatwiej żyć,
to wszystko nic.
Życie na ziemi to nie raj.
Idzie wiosna nie długo będzie Maj.
Aby do wiosny, aby do Maja.
Słońce ci serce zbolałe ogrzeje
Nie płacz cały świat się śmieje
wola Boża niech się dzieje.
Nie płacz masz, masz swój papier, 
swego przyjaciela
Siedząc w nocną ciszę wszystko
co czuję na tobie zapisuję.
Wszystkim sąsiadom serdecznie dziękuję,
 za dobre słowo,
 za pomoc gdy ich potrzebuję, 
serdecznie dziękuję.
Ja prawdy się nie boję
choć ciężko w małżeństwie jest żyć,
co dwoje to dwoje.
Stan małżeński jest tak
ciężki jak kamień młyński
lecz gdy się kocha
to wszystko nic nie znaczy
miłość wszystko wybaczy.
To co, że przez życie się na
kolanach chodzi i we łzach 
po kostki brodzi
to nic, to nic,
Pamiętaj nie sztuka
kochać przyjaciół lecz
spróbuj kochać wroga
tędy jest droga do
samego Boga.

„DZIWNE SŁOWA”
KROWA

Gdy dwie sąsiadki za kudły się brały.
Tak się wyzywały: Ty stara Krowo!
Ale, dziwne znaczenie mają te słowa „Krowa”.

Skoro kobiety się krowami wyzywają,
pewnie taki powód mają.

„IDEALNY CHŁOP”

Idealny chłop ma same zalety
lecz jego żona nie ma niestety,
wady mają tylko kobiety, niestety
Idealny chłop tyle wie co zje.
Ale on wszystko wie, 
że byle co je, to byle co wie
On tylko wie, że kobieta takie coś ma,
które chłop pożąda
Każda dobra, choć stara wrona,
ale nie moja żona.
Wszystkie kobiety piękne kształty mają, 
które idealne chłopy podziwiają.
Tylko tym zajęciom się oddają,
Idealne chłopy do tego prawo mają,
no i tym zajęciom
upust dają
Co drogą idzie jest wyceniana
w oczach władcy pana
Idealny chłop, to chłop.
Idealny chłop robotą się nie trudzi
bo każda robota go nudzi.
Idealny chłop do wyższych celów jest stworzony
niż pracować na rzecz dzieci czy żony.
Skoro żona sobie dzieci urodziła 
proszę bardzo niech będzie na nie robiła.
Idealny chłop to wie, że najlepsze są 
tylko śmietanki, które on tylko je
Lecz nie ma jej u żony
tylko może je zebrać u kochanki
Idealnego chłopa każda chce
on o tym wie, bo idealnym chłopem jest.

„ISTOTA NIŻSZEGO RZĘDU”

Czy kobieta to jest stworzenie boże?
Chyba nie,
to chyba winna nie być w domu, lecz w oborze
Tylko chłop się bez niej obejść nie może,
Gdyby nie sprzątała i dobrych zup nie gotowała.
Toby do domu wstępu nie miała.
Baba i dzieci niech idą i bulwy kopią
Ja idę do jeziora na ryby bo one się topią
Baba, dzieci niech się tak głupio nie mają
i do mojego stołu nie siadają
do kuchni na próg i resztki zjadają
To ja jestem von,
a wy od stołu won
A może w kuchni jak gotowała 
to mięsa dzieciom , a może i sobie zabrała
Jakby ona śmiała 
i mnie wszystkiego nie dała.
Przyjdę i zobaczę
Na wszelki wypadek 
zawczasu na kraczę
Babie wystarczy oblizać gnaty
a mięso dla Taty
Baba do roboty, nie siadać
z dziećmi nie gadać, 
lekcje dzieci same muszą odrabiać
Tylko nutrie dobrze nakarmić
i koguta na jutro mi zabić
Prędzej, prędzej do roboty
ja idę do sąsiadów pod płoty
Już sobie posiedziałem
z sąsiadami poplotkowałem
całkiem przy tym zgłodniałem
Już, już 
nie ma siedzenia
zrób mi coś do zjedzenia
To pójdę i zobaczę co ci jeszcze
do roboty wyznaczę,
Czy ty już kury nakarmiłaś?
Gołębie wypuściłaś?
Ogród wypieliłaś?
Zakupy zrobiłaś?
Szyneczkę dla mnie kupiłaś?
Czy koszule i skarpety wyprałaś?
spodnie wyprasowałaś?
a buty wypastowałaś?
Ja się źle czuję
idę do sąsiadek i sobie pożartuję
Tak mnie głowa boli,
że mi nic robić nie pozwoli.
Może to jedzenie mi zaszkodziło
Po co mi tak dużo dała, 
że aż głowa mnie rozbolała
Gdyby coś wartą żoną była
to by mi nogi umyła
i łóżko zrobiła,
i już spać położyła,
Chyba ja nie mam żony
bo czuję się taki zmęczony,
żeby tak mi się męczyć dała.
O swego władcę i pana mało dbała.
Gdy będziesz teraz kuchnie sprzątała
żebyś mi nie przeszkadzała
Podaj mi pilota, idź już idź
Teraz tylko dla siebie czas przeznaczę
Na ciebie czeka robota
Kiedy będziesz podwórko zamiatała
Kiedy cała wioska będzie spała
Ty byś tylko w telewizor patrzyła, 
jakbyś nic do roboty nie miała
Czy nie wiesz, że będziesz mi przeszkadzała.
Wyjdź z mojego pokoju ty głupia babo.

„Rodzina”

Rodzina oj rodzina, rodzina
ten to wie kto to ta rodzina je
Od niej dostaje kopniaka,
tak, że aż na siedzeniu ma siniaka
Ten wie co to rodzina taka
Co udaje Greka, lecz nie ma odrobiny uczciwego człowieka
On mówi, czy robi, to jest tylko gra
On tylko pieniądze na względzie ma
No to co, że kradnie
I to co robi jest nie ładnie
On jest najlepszy, najmądrzejszy
Do głosu nigdy nie dopuszczę
I o sobie nic złego nie usłyszę
Gadam i gadam bez ładu i bez składu
To co, że to gadanie jest pusty, 
skoro można nim innym zamknąć usty

„OJ LOSIE”

Oj losie, losie
Co ty jeszcze dla mnie masz w trzosie
Przecież dałeś mi losie takiego kopniaka,
że mam dozgonnego siniaka
czyżby to było za mało,
że mi się może łez wypłakało,
 że mi się wciąż cniło
jak to u mamy było
tam się u mamy, dach nad głową miało
jedzenia tylko co się chciało,
Oj losie, losie
Coś ty zgotował, Coś ty mi znowu sprawił
Czyżby tylko żebrakom Bóg błogosławił.
Myślała, że już dość dostałam
od ciebie dostałam,
ale widać, że to było za mało.
Czyż i dla ciebie, 
dla pieniędzy zagubiła
O litości, litości,
Czym, że jest życie bez miłości
Wszystko com miała,
najdroższej rodzinie oddała
O Jezu jakże do ciebie ciężka jest droga
wyboista, kamienista i pod górę.
To prawda i to czysta, 
że kogo Bóg miłuje,
to i krzyżami obdaruje.
Tak ciężko pracuje
Tak jak bym coś w grób zabrać miała
Czyżbym tylko od ciebie losie taką nagrodę dostała.

„PONIŻENIE”

na krzywe drzewo kozy skaczą
nad krzywym drzewem wrony kraczą
pod krzywym drzewem pijacy wystają
bo krzywe drzewo za nic mają
czyżby krzywe drzewo zielonych liści nie miało
czyżby krzywe drzewo cienia nie dawało
czyżby krzywe drzewo tlenu nie wydzielało
po co to krzywe drzewo tu stoi
najlepiej by się siekierę wzięło i go wycięło
po co krzywe drzewo żyje
najlepiej niech się pod ziemię skryje

„MĄDROŚĆ”

Mądrej głowie, po pół słowie
Lecz, gdy ktoś ma w niej wszystko w nieładzie
Temu się rozumu nawet szuflą nie nakładzie
Ucz się człecze, ucz
wiedza to do szczęścia klucz
Czego Jaś się nie nauczy
Tego Jan nie będzie umiał
Życie się nie da garściami brać
Trzeba coś z siebie dać

„RÓŻNICA”

Jaka jest różnica między starą żoną, a papierem toaletowym?
Chyba te dwie rzeczy do samo do roboty mają
Z tą różnicą,
Starą żonę, można na młodszą wymienić
Trudno, papieru toaletowego na nic zamienić się nie da
Stara żona jest już takim samym narzędziem jak młotek, czy szufla
Choć już w życiu mężczyzny nie znaczy nic
Ale, bez niej nie idzie żyć
Ozdobą domu, kiedyś służyć miała
Ale, co tam skoro się zestarzała
Gdzie została ta kozica
To dla nikogo nie jest tajemnica,
że na stare lata ciała nabrała,
grupa ociężała się stała.
Gdzie będzie dom ozdabiała,
taka fura ciała

„TEŚCIOWA”

Teściową uważa się za twardogłową
Wszystkie kawały, złośliwe są tylko o teściowej
Teściowo, teściowo ty stary rowerze
Tylko pedałów ci brak
Przyprawię ci je jutro
i pojadę na tobie hen w świat.
Często tak zięciowie mawiają,
że teściowe im życie zatruwają
i najwięcej do powiedzenia w ich domu mają,
bo na wszystkim się najlepiej znają.
Mija córeczka jest naj, naj,
ale ona źle wybrała
ja mówiłam, ale ona nie słuchała
lepszego męża by dostała
Zięć ma same błędy
Moja córeczka, tylko zalety
Na teściową patrzy się jak na słońce
Szczęśliwi są ci zięciowie
co po ślubie ciemne okulary zakładają
ani teściowe, ani słońce ich oczu nie porażają.

„DOBRA I NIE ZAZDROSNA ŻONA”

Dobra żona tym się chlubi,
że gotuje co mąż lubi,
lecz gdy żona męża bardzo kocha
codziennie nad jego skarpetkami szlocha.
We własnych łezkach je pierze,
żeby tylko były świeże.
Potem komódkę otwiera
i dla mężusia slipki wybiera,
żeby odpowiedni kształt miały
i go gdzieś broń boże nie ugniatały,
no i odpowiedni kolor miały.
Gdy go wieczorem ta druga 
będzie rozbierała
sobie ni pomyślała,
ale ta żona nic, a nic o niego nie dbała
Ja nim się zająć będę musiała
taki piękny chłop
będzie ze mną miał, 
a nie z żoną spał
ja wszystko zrobię
i przygrucham go sobie
gruchała, gruchała i go przygruchała
ni i go miała
Ale żona nie przypuszczała
i dalej z nim spała.
Od żony to już był tylko cień
Tylko by pracowała noc i dzień
Dla dzieci i domu
nic nie mówiąc nikomu.
Chyba modlitwa
dodawała jej siły,
gdy co dziennie awantury o nic były
Tak bardzo o to dbała,
żeby jej rodzina była cała.
Choć coś niecoś widziała,
tylko udawała.

„Młodociana 70 latka”

Jestem sobie panną młodą
Pełną wdzięku i urody
Wszyscy chłopcy za mną biegają
Co po już po siedemdziesiątce mają

Bo jak na szperkę podzyrają
Aż się oblizują
Pewnie pieprz przez miętę do mnie czują
Oczy im aż blicują

Gdzie tylko mogą to się do mnie podlizują
Jak glina cali się stają,
gdy tylko do mnie się zbliżają
jestem bardzo gościnna

A moje zaproszenie jest całkiem niewinne
lecz oni Bóg wie co sobie wyobrażają
bo robaczywe myśli mają
gdy ode mnie zaproszenie dostają

Nogi, nogi, nogi
Cóż, że jestem taki ubogi
Czy to moje nogi tobie
chłopcze drogi

tak ci się podobają,
że twoje aż w kolanach 
się zginają, a reszta twego ciała
na baczność będzie stała

twoje pragnienia zauważyć się dają
oczy, oczy, oczy
gdy w twe spojrzę to cię zamroczy
już nic nie dostrzegają

bo same, bo same ci się wywracają

„Chłop”

Chłop to chłop on nie jest do pracy stworzony
I dobry morze być dla wszystkich kobiet,
lecz ni dla własnej żony.
Chłop to chłop, on zawsze ma racje.

Kocha u obcych kobiet demokrację
Choć by był pospolity (cham), lecz w domu 
jest władca i pan.
A z niego diabeł sam.

Chłop to chłop
Chić w robocie się lubuje
Lecz rękami żony tyko pracuje.
Bo to jego żona, a nie on do roboty jest stworzona.

Chłop to, chłop taki jak inne dwa.
Do roboty dwie lewe ręce ma.
Tylko do jedzenia coś dobrego żona mi da.
Do dobrego jedzenia i do krytyki żony.

Chłop to chłop, żona dzieci
do gadania nic nie mają. Do stołu i do telewizora
przy panu i władcy niech nie siadają.
Pan sam przy nim siedzi.

Chłop to chłop 
telewizor tylko dla niego jest.
On ma: prezencje,
Styl i gest {Tak ? jest!}

Chłop to chłop do wyższych celów
Jest stworzony.
Co tam będzie robił
U boku żony

Chłop to chłop, babo do roboty
Ja idę do Sąsiadów
Pod płoty.
Do sąsiadki się uśmiechnie i słodko zagada.

Chłop to chłop. Gdy się ona odwróci
To jakieś tam głupstwo
pod jej adresem mąż rzuci.
To co że bez powodu się pokłuci.

Chłop to chłop niby
plotkami się nie zajmuje.
Lecz o innych pogada,
bo tak wypada.

Chłop to chłop, a przy okazji
Się dowie co i gdzie z kim

„Bolszewska poczta pantoflowa”

Spójrzcie, spójrzcie, czy to nie moja racja,
Że do niczego jest ta telekomunikacja.
Możesz z pół dnia przy telefonie siadać,
Nic a nic nie można się dogadać.
Telefon to piszczy to skrzypi i chrapie, a w końcu się rozłączy,
Chyba człowieka wykończy.
Macie rację,
Gwiżdżę na tę nowoczesność, czyli na telekomunikację.
Więc ten problem mam już z głowy,
Użyję poczty, ale pantoflowej.
Bo ta jest niezawodna,
Zawsze uśmiechnięta i pogodna.
Czy to pogoda jest czy deszcz,
Nic nie przeszkadza, bo ważna jest treść.
Babcia do babci człapie,
Tylko z pod laczek błoto na szosę chlapie.
Telekomunikację ma z głowy,
Wszystko załatwi mi poczta pantoflowa.
To jest dowód jawny,
Że, tylko to u nas jest sprawne.
Ja kawę jej postawie
I mam już tylko po sprawie.
Wszystko się dowiem prawie,
Choć siedzę pod piecem na ławie.
Bez telefonu jest łatwiej i prościej żyć,
Bo się nie płaci nic.
Skoro abonamentu się nie płaci,
Więc to mi się opłaci
Ważna jest wiadomość, jeśli coś ważnego się stało,
To się w mig całe osiedle dowiedziało.
Chyba by się telefony urwały,
Gdyby, aż tyle wiadomości i tak szybko przekazały.
Jednak z babci pożytek nie mały,
Babcia w domu siedzieć nie może,
Bo się jej dłuży,
a tak babcia ludziom służy.

10.Pulik Maciej


11.Roszmann Magdalena


12.Stachura Jerzy Edward


13.Szymańska Halina


14.Tamkun Maciej


15.Wenta Aneta


16.Wilczyńska Lilia


17.Zieliński Edmund


© 2006 GBP Bolszewo | webmaster | RSS
Ilość osób na stronie: 2. Czas ładowania: 0.9049